„Mamy pandemię samotności”. Jak się przed nią uchronić?

Zdaniem naukowców samotność niszczy nie tylko naszą psychikę, lecz także ciało. Profesor Steve Cole, dyrektor laboratorium UCLA Social Genomics Core dowiódł nawet, że z powodu izolacji społecznej w ludzkim organizmie dochodzi do tworzenia się przewlekłego, niedającego jawnych objawów stanu zapalnego. Chociaż nie ma jednej prostej recepty, jak ustrzec się przed plagą współczesności, niektóre rozwiązania wydają się obiecujące. Wśród nich na uwagę zasługuje m.in. coliving.

Bezwzględne statystyki

Zebrane w ostatnich latach dane na temat samotności – tej rozumianej nie jako brak kontaktów międzyludzkich, a przede wszystkim subiektywne poczucie izolacji – przerażają. Według raportu komisji rządowej aż 9 mln dorosłych Brytyjczyków doświadcza jej „często lub zawsze”. Osoby w wieku 65 lat i starsze przyznają, że ich główną formą kontaktu ze światem jest telewizja.

Wśród krajów europejskich w niechlubnym rankingu zwycięża jednak Szwecja, w stolicy której samotnie mieszka aż 58 proc.(!) populacji. Z kolei w Stanach Zjednoczonych odsetek ten wynosi 27 proc. (w Nowym Jorku prawie 50 proc.) i cały czas rośnie – dla porównania w roku 1920 jednoosobowe gospodarstwo domowe prowadziło tam 5 proc. obywateli. Problem jest na tyle poważny, że jeden z czołowych amerykańskich psychologów Richard Booth wnioskuje, by wpisać osamotnienie do rejestru psychopatologii, a w Wielkiej Brytanii powołano nawet ministerstwo ds. samotności.

Trend ten nie oszczędził Polski. Chociaż relatywnie wielu z nas wciąż żyje na wsi, gdzie łatwiej o bliskie kontakty z członkami społeczności, postępująca urbanizacja, niespotykana w całej historii mobilność i fenomen mediów społecznościowych sprawiają, że samotność dotyka nas w podobnym stopniu co Amerykanów i pozostałych Europejczyków. Z danych GUS-u i tych zebranych przez portale randkowe wynika, że w Polsce w ciągu ostatnich 10 lat liczba osób żyjących samotnie wzrosła o 34 proc. Już co czwarte gospodarstwo domowe jest prowadzone przez jedną osobę. Szacuje się, że do 2035 roku odsetek takich gospodarstw wyniesie 30 proc. W całym kraju żyje teraz około 7 milionów singli, przy czym do tej grupy zalicza się nie tylko mieszkających jeszcze z rodzicami młodych ludzi, osoby owdowiałe i po rozwodzie, lecz także te pozostające w nieformalnych związkach, ale niemieszkające razem.

Skąd wziął się problem?

John i Stephanie Cacioppo, neurobiologowie społeczni z Uniwersytetu Chicagowskiego, mówią wprost: mamy epidemię samotności, a media społecznościowe są dla niej tym, czym dla koronawirusa sale weselne, galerie handlowe i fabryki – rozsadnikami zarazy w gęstym tłumie. Ale zawiniło nie tylko nasze wirtualne, zastępcze życie.

Swoją pierwotną funkcję rozpraszania samotności straciła też praca, która coraz częściej nie wiąże się konkretnym miejscem, gdzie przez lata spotykamy te same znane twarze. Nowe modele zatrudnienia, w tym zwłaszcza praca zdalna i praca na zlecenie, choć zapewniają większą elastyczność usług, jednocześnie uniemożliwiają nawiązywanie autentycznych kontaktów.

Paradoksalnie do rozprzestrzeniania się plagi przyczynia się w dużej mierze duma naszych czasów – niemal nieograniczona mobilność, z której tak chętnie korzystają szczególnie millenialsi. Częste przesadzanie z miejsca na miejsce niesie jednak ze sobą pewne konsekwencje.

„Prawdą jest, że w miastach nieustannie otaczają nas ludzie, więc trochę tajemniczy zdaje się fakt, że mamy epidemię samotności. Jednak nie wystarczy być fizycznie blisko innych, by nie czuć się osamotnionym, trzeba jeszcze zmobilizować się, by nawiązać z nimi kontakt. I tutaj zaczyna się problem. Większości z nas trudno jest przełamać naturalny dystans wobec obcych” – tłumaczy w rozmowie z brytyjskim tygodnikiem „New Statesman” Colin Ellard, zajmujący się oddziaływaniem miejsc na umysł i ciało neurolog z kanadyjskiego Uniwersytetu w Waterloo.

Samotność groźna jak rak

Naukowcy odkryli, że samotność ma na nas wyniszczający wpływ, i to już na poziomie komórkowym. Profesor Steve Cole, dyrektor laboratorium UCLA Social Genomics Core dowiódł nawet, że z powodu izolacji społecznej w ludzkim organizmie dochodzi do tworzenia się przewlekłego, niedającego jawnych objawów stanu zapalnego.

Z kolei w 2015 roku podczas eksperymentu na myszach uczeni z amerykańskich MIT i Imperial College w Londynie ustalili, że produkcja dopaminy, substancji nazywanej „przekaźnikiem przyjemności”, w mózgach zwierząt, które przebywały w grupie, jest stabilna. Jednak u gryzoni, które poddano izolacji, jej poziom gwałtownie spadł. Następnie zwierzęta wróciły do grupy, a poziom substancji w ich organizmach równie gwałtownie wzrósł.

Do jeszcze bardziej przytłaczających wniosków doszła Julianne Holt-Lunstad, która, posiłkując się wynikami 70 badań naukowych, ogłosiła, że samotność zwiększa śmiertelność w takim samym stopniu co otyłość czy wypalanie 15 papierosów dziennie. Z kolei Nicole Valtorty z Uniwersytetu Newcastle ustaliła, że prawdopodobieństwo ataku serca u osób osamotnionych rośnie o 29 proc., a zagrożenie udarem – o 32 proc. „To niezależny czynnik przyczyniający się do śmierci. Może cię po prostu zabić. Znajduje się na tej samej liście co choroby serca i rak – twierdzi dr Josh Klapow, psycholog kliniczny z Uniwersytetu Alabamy.

Mylne jest też kojarzenie samotności ze starością, bo, jak się okazuje, w dzisiejszych czasach ta powszechna plaga nie oszczędza młodych. Poczucie izolacji wpływa u nich na sen, zwiększa poziom stresu, powoduje spadek odporności, redukuje funkcje poznawcze, wywołując objawy podobne do otępienia oraz zwiększa ryzyko depresji.

Przełamać izolację

By zaradzić problemowi, w Polsce stosuje się cały katalog dobrych praktyk. W miastach popularnością cieszą się uniwersytety trzeciego wieku, na wsiach od pewnego czasu mnożą się kluby seniora. W całym kraju prężnie działają organizacje pozarządowe wspierające osoby samotne i starsze, którym udzielana jest materialna pomoc. Zgłaszać można się też do lokalnych domów kultury, które zwykle oferują szereg spotkań i zajęć.

Dzieci i młodzież coraz częściej mogą liczyć na warsztaty i szkolenia organizowane w ich szkołach. „Placówki z całej Polsce same zgłaszają się do firmy szkoleniowej, którą prowadzę. Zainteresowanie jest duże, od 2015 roku przepracowałem 4 tysiące godzin, robiąc takie warsztaty. W Warszawie, gdzie działam, jest ogromna oferta organizacji pozarządowych prowadzących choćby kluby dla młodzieży. Fundacja „Drama Way” robi taki projekt „Art Generacje”, w ramach którego nastolatki zagrożone wykluczeniem społecznym, czyli samotnością, bo to się łączy, razem z seniorami podejmują różne działania artystyczne. Z kolei stowarzyszenie „Dzieciaki” zabiera młodzież na kolonie i obozy. Albo na przykład w Trójmieście odbywa się Międzypokoleniowy Festiwal Literatury Dziecięcej „Ojcowie i dziatki”, który wspiera kulturę czytelnictwa i jednocześnie prowadzi profilaktykę izolacji – wylicza Michał Maciejak, pedagog i trener dramy zajmujący się wykluczeniem i samotnością wśród młodzieży.

Obiecujący, zwłaszcza w kontekście młodszych pokoleń, wydaje się też właśnie wkraczający do Polski coliving, czyli formuła mieszkania polegająca na dzieleniu się z innymi wszystkim tym, czym podzielić się da. Współlokatorzy mają własne sypialnie z łazienkami, korzystają jednak z przestronnych i funkcjonalnie zaaranżowanych części wspólnych. Zyskują dzięki temu przestrzeń, która umożliwia im integrację i spędzanie wolnego czasu choćby na oglądaniu filmów czy grze w planszówki.

Benjamin Webb, który od 8 miesięcy mieszka w jednym z brytyjskich colivingów, przyznał w rozmowie z „Guardianem”, że stał się fanem tej koncepcji. 37-latek zachwala przede wszystkim poczucie swobody, którego nie doświadczył przez dwie dekady wynajmowania lokali w Londynie. „Szukałem elastyczności, nie chciałem już za każdym razem płacić 2 tys. funtów agentom nieruchomości, by potem być związanym umową. Mieszkanie w The Collective dało mi tę elastyczność, ale tak naprawdę tym, co mnie tam zatrzymało, była wspólnota i wszystko, co się z nią wiąże” – mówi Webb, który pracuje w branży finansowej.

Coliving w Polsce

W Polsce pierwsza firma zajmująca się colivingiem wystartowała pod koniec 2019 roku. Na razie Colivia działa w dwóch lokalizacjach w Poznaniu, jednak do końca roku tę często tańszą i bardziej komfortową alternatywę dla tradycyjnego wynajmu będą mogli przetestować mieszkańcy Warszawy, Wrocławia, Krakowa i Trójmiasta.

„W colivingu nie dajemy tylko mieszkania, lecz także budujemy lokalną społeczność. Z jednej strony dajemy klientom możliwość poznania nowych osób, a z drugiej mają swoją przestrzeń prywatną. Wprowadza się do nas dużo singli i osób zza granicy, które nie mają tu znajomych. Chcąc, nie chcąc, kiedy mijają się w częściach wspólnych, kogoś zawsze poznają. W każdym z naszych mieszkań są przestronna kuchnia z mikrofalówką i ekspresem do kawy oraz duży salon z wygodną kanapą, do tego telewizor lub rzutnik, czasem też konsola. Zawsze wykupujemy telewizję kablową i dajemy za darmo Netflix. Planujemy też wstawić stoły do ping-ponga ” – opowiada arta Telenda,  prezes zarządu Colivii. Jak podkreśla przedsiębiorczyni, dla wielu osób, które decydują się na skorzystanie z usług jej firmy, ogromne znaczenie ma właśnie możliwość poznania nowych ludzi. Z `jej słów wynika, że coliving jest bunkrem zaprojektowanym tak, by szukających schronienia nie dopadła zaraza samotności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.