Wywiad z właścicielką Bless Me Cosmetics

Charakteryzatorka i wizażystka filmowa oraz teatralna z ponad 20 – letnim stażem stworzyła kosmetyk, który właśnie podbija świat. Aneta Kolendo – Borowska, pytana o przepis na sukces, odpowiada: czyste serce i intencje we wszystkim, co się robi, wytrwałe podążanie za marzeniami, wierność swoim przekonaniom i… ciężka praca.

Co wizażystkę i charakteryzatorkę skłoniło do stworzenia własnej marki kosmetycznej?

Na samym początku nie myślałam o marce kosmetycznej. Ten pomysł zrodził się w trakcie mojej pracy. Przez ponad 20 lat pracowałam jako wizażystka, a potem charakteryzatorka filmowa i teatralna. Wbrew temu, co kojarzy się z tym zawodem, jest to ciężka praca fizyczna: wstaję o 4 rano, na plan zabieram 25 – kilogramową walizkę, dźwigam ją, znoszę z drugiego piętra, jestem na planie przez 12 godzin lub do skończenia zdjęć, muszę być przed aktorem i „składam się” po aktorze; pracujemy w różnych warunkach: również, kiedy jest duży mróz lub upał. A jak to zrobić technicznie, żeby aktorka wciąż wyglądała olśniewająco przy zbliżeniu na jej twarz kamery HD, po 12 godzinach ciężkiej pracy? Dodam, że coraz więcej osób ma uczulenia, wrażliwą skórę, zmęczoną, odwodnioną – podkład wówczas nie wygląda dobrze, a to podstawa. Zaczęłam więc szukać rozwiązania – idealnego kosmetyku, który szybko ukoi zmęczoną skórę, nawilży ją i rozświetli, a po nałożeniu którego twarz będzie pięknie wyglądać w kamerze wysokiej rozdzielczości. Zorientowałam się też, że firmom kosmetycznym nie zależy na jednym uniwersalnym kosmetyku, tylko tworzą serie i mnóstwo produktów na każdą dolegliwość. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce, co oczywiście nie znaczy, że zaczęłam kręcić swoje serum w kuchni. Przede wszystkich wiedziałam, jakiego produktu potrzebuję: żeby był naturalny, bez konserwantów, nie tłusty. Taki, który doskonale zmiesza się z każdym podkładem, który będzie odbijać światło, sprawdzi się w pracy z kamerą. Potrzebowałam produktu uniwersalnego, dla każdego rodzaju skóry, dla dzieci, kobiet i mężczyzn w każdym wieku. Po jakimś czasie znalazłam małe laboratorium, które podjęło się stworzenia mojego serum. Właścicielka marki IOSSI potraktowała to jako wyzwanie, zrozumiała mnie i zaczęłyśmy wspólnie pracować. Tak powstało Serum Rozświetlające Bless Me Saint Oil Skin&Makeup. Na początku nie wiedziałam jak ma się nazywać marka, chodziło mi tylko o ten kosmetyk, który oczywiście był testowany, jak ja to mówię, nie na zwierzętach, tylko na aktorach, i na stewardesach oraz wszystkich wokół mnie. Produkt okazał się tym świętym olejem, „świętym Graalem pielęgnacji”, którego każdy pragnął. Jednocześnie miałam dużo pracy, prowadziłam własną Szkołę Makijażu i Charakteryzacji, brałam udział w planach zdjęciowych, filmowych, w sesjach, warsztatach i przede wszystkim nie znałam się na handlu. Ale biznes powoli zaczął mnie wciągać. To zupełnie nowa wiedza, bodźce. Dokładnie wiem, jak ma wyglądać moja marka. Wciąż mam nowe pomysły, jestem niezła w sferze kreacji, w wymyślaniu. W tej chwili zawiesiłam Szkołę, mniej też pracuję jako charakteryzatorka… całą siebie wkładam w Bless Me Cosmetics.

W 2019 r. jednym produktem wygrała Pani konkurs Go to Brand 2019, organizowany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości i mający na celu promocję polskich marek na rynkach zagranicznych. Co przekonało Jury o przyznaniu nagrody właśnie Pani?

Na pewno nie historia finansowa, bo takiej nie miałam. Serum Rozświetlające jest moim pierwszym produktem i przed konkursem nawet nie myślałam o eksporcie. Oczywiście sprzedaję go w UE, mam fanki we Francji, Skandynawii czy w Hollywood i RPA. Ale są to zwykle moje znajome i znajome znajomych, czy też aktorzy z ekip międzynarodowych, z którymi pracowałam.

Przystępując do konkursu zależało mi na tym, żeby pokazać przede wszystkim niesamowitą wielozadaniowość olejku: że może być stosowany przez całą wielopokoleniową rodzinę, z różnymi problemami z cerą, bez względu na wiek, czy płeć. Że ma wiele funkcji: naprawczą, odżywiającą, nawilżającą, upiększającą, relaksującą. Z łatwością można go wszędzie ze sobą zabrać, chociażby  na wakacje. Szklana transparentna butelka nie tylko jest eco, ale podlega procesowi recyklingu, serum nie ma kartonowego pudełka, tylko piękny aksamitny woreczek, który może być używany również w innych celach. Wszystkie składniki serum są naturalne, organiczne, z upraw kontrolowanych najwyższej jakości. I najważniejsze: serum jest niesamowicie wydajne; ja używam codziennie tylko 1 kropli, ale jeżeli ktoś używa 3 kropli dziennie, a to jest wystarczające do codziennej pielęgnacji skóry, to 30 ml wystarczy na 5 miesięcy. Serum spełnia funkcję zarówno pielęgnacyjną, jak i makijażową (zmieszane z podkładem) i ma piękny, relaksujący, a jednocześnie energetyzujący zapach. Myślę, że wszystkie te benefity produktu przekonały Jury konkursu o przyznaniu mi  nagrody.

Za nami pierwsze targi w Japonii, gdzie serum spotkało się z dużym uznaniem i zainteresowaniem. Niestety kolejne targi, które były zaplanowane: w Korei, Dubaju, czy Nowym Jorku, zostały odwołane z powodu zagrożenia koronawirusem. Mam jednak nadzieję, że gdy sytuacja się unormuje – świat będzie miał okazję poznać Serum Saint Oil.

Jak ocenia pani szansę na sukces swojego biznesu w czasach tak wielkiej konkurencji, na rynku zdominowanym przez korporacje? Za pani marką nie stoją inwestorzy, ani też duże fundusze na kampanie reklamowe, czy rozwój sieci dystrybucji. Jak trudno małej marce rywalizować z korporacjami?

Na pewno łatwo nie jest. Niemniej firmom takim, jak moja, sprzyja szybko rosnący rynek e-commerce. Marki, oparte na handlu online, jak Bless Me, nie są więc uzależnione od dużych sieci dystrybucyjnych. Kolejnym dobrym trendem jest kierowanie się konsumentów w stronę marek mniejszych, lokalnych, niszowych oraz ekologicznych. Silna pozycja marek masowych jest bezsprzeczna, ale klientki coraz bardziej świadomie dokonują wyborów zakupowych, bliższych filozofii kosmetyki naturalnej. Kryterium, jakim się kierują jest jakość produktu, jego skład, pochodzenie, możliwość recyclingu, czy „zero waste”.  To jest mocny trend światowy, obecny również w Polsce. I w ten trend wpisuje się marka Bless Me Cosmetics. Moje klientki są niezwykle lojalne, jak same mówią – są uzależnione od Serum Saint Oil. A dlaczego? Bo produkt nie zawodzi, spełnia swoje obietnice, broni się jakością. Bardzo ważne jest dla mnie zaufanie odbiorców, dlatego tak wielką wagę przykładam do jakości, składu produktów. To mocna strona marki i jej wyróżnik. Nie zamierzam też rywalizować z dużymi firmami, bo to nie ma sensu. Dla każdego wystarczy miejsca na rynku. Ważne, żeby znaleźć swoje.

Niezwykle ważny jest dla Pani szacunek do przyrody, jak również skład kosmetyku, jego pochodzenie…

Natura jest naszym największym dobrem. Im jestem starsza, tym bardziej mnie zachwyca: jak znakomicie jest zorganizowana i harmonijna. Czyż to nie jest niezwykłe, że drzewa ze sobą rozmawiają i dbają o siebie? Wydaje się to takie proste: wystarczy obserwować przyrodę, a będziemy szczęśliwsi, mądrzejsi, piękniejsi. Bardzo się cieszę z nurtu powrotu do natury, do rzemiosła, do zielarek, do małych manufaktur. W swojej marce chciałabym łączyć mądrości medycyny ajurwedyjskiej i jej zioła z roślinami, które występują na naszych łąkach, polach i w lasach. Może mi się to uda? Natomiast pochodzenie składowych moich kosmetyków to priorytet, ich organiczność i wysoka jakość. Dlatego do współpracy wybieram rodzinne mniejsze firmy, ale pracujące z sercem, bo takim mogę zaufać.

W pracy zawodowej, podczas szkoleń i warsztatów z zakresu wizażu, analizy kolorystycznej, stylizacji i kreowania wizerunku, czy też podczas charakteryzacji – pracowała Pani z tysiącami kobiet z Polski i całego świata. Jak ocenia Pani skórę Polek, ich sposób dbania o cerę?

Polki uwielbiają dobrze wyglądać, ale czasami niestety „starają się za bardzo”. Dlatego padają ofiarą makijażu zbyt ciężkiego, zbyt ozdobnego, błyszczącego. Nie doceniają swojej pięknej natury. Gdy podczas warsztatów proszę swoje uczennice o przyniesienie kosmetyczki, to jest ona w większości wypełniona kosmetykami kolorowymi. Zawsze powtarzam: najważniejsza jest pielęgnacja skóry. Jeśli mamy dobrze przygotowaną skórę, odpowiednio nawilżoną, wypoczętą, to naprawdę nie potrzebujemy wielu kosmetyków. Zbyt wcześnie młode dziewczęta zaczynają się malować i nieumiejętnie korzystać z kosmetyków. Przeciętna Polka ma ich zwyczajnie za dużo i niestety jest zagubiona w pielęgnacji, ponieważ mamy przesyt, pełne półki i trudno wybrać kosmetyk dokładnie dla swojej cery. Za wyborami kobiet stoją polecenia ich koleżanek lub… reklamy. Dlatego najważniejsza jest edukacja, aby przede wszystkim nie szkodzić skórze. Bo ona tak naprawdę niewiele potrzebuje, tylko trzeba się w nią wsłuchać.  Na szczęście mamy też drugi nurt, ten naturalny, bardziej minimalistyczny. Najważniejsze, żebyśmy zrozumiały, że nie sam, nawet najlepszy i najdroższy, krem, zadziała jak magiczna różdżka, ale nasza systematyczna troska o skórę, czyli dobre odżywianie, dużo wody, sport i odpowiednio dobrane kosmetyki. Potrzebujemy zaledwie kilku preparatów: coś do oczyszczenia skóry, najlepiej olejek do demakijażu, potem hydrolat i serum lub krem, połączony z serum olejowym. I oczywiście masaż, czy automasaż twarzy. Ze wszystkich zabiegów najbardziej wierzę w masaż.

Mam nadzieję, że coraz więcej Polek zacznie ćwiczyć mięśnie twarzy, a automasaż stanie się nawykiem.

Jak wygląda Pani dzień pracy? Czy znajduje Pani w życiu tak ważny balans pomiędzy życiem zawodowym, a prywatnym? Jeśli tak – w jaki sposób się to Pani udaje?

Od kiedy postawiłam na Bless Me Cosmetics, moje życie codzienne wygląda zupełnie inaczej. Jego intensywność jest szalona. Całe życie zawodowe udawało mi się pracować nieregularnie. Bardzo, bardzo dużo pracuję, bo uwielbiam to robić, a ponieważ mam to szczęście, że zawsze robiłam to, co rzeczywiście kocham, więc nawet nie czułam zmęczenia. To się trochę zmieniło jakieś 5 lat temu – zaczęłam odczuwać swój kręgosłup. Niestety nie uprawiam sportu, jedynie chodzę. Kiedy miałam najwięcej pracy, postanowiłam adoptować psa. Można powiedzieć, że Amber mnie uratowała, bo teraz muszę chodzić na spacery, co jest cudownym relaksem i wyzwoleniem. Od 5 lat też kształcę się w temacie masażu twarzy i w technikach liftingujących. Mam swój autorski rytuał , który opiera się na kilku technikach: kobido, tanaka, facemodeling, ayurwedyjski. Kiedy robię masaż dla moich ukochanych klientek, to tak jakbym sama go otrzymywała. Jak mówię: zawsze jesteśmy win-win. Jako charakteryzatorka jestem bardzo szybka w pracy, szybko muszę podejmować decyzje na planie filmowym i dlatego, kiedy zainteresowałam się masażem, myślałam, że to nie dla mnie, bo przecież nie można przyspieszyć, muszę wykonać określoną ilość ruchów, sekwencji… Ale okazało się, że właśnie on stanowi idealny balans i okazało się, że moje ręce są już do niego gotowe.

Jakie są najbliższe plany marki Bless Me Cosmetics?

Tak, mam plany. Nie są one rozpisane w tabelkach, bo działam niestandardowo.

Mam obraz całej marki i wszystkich produktów, które chciałabym wdrożyć. W tej chwili dwa z nich są już na ostatnim etapie badań. W połowie kwietnia wejdzie na rynek serum pod oczy, z którego jestem bardzo dumna. Jego konsystencja jest niezwykle delikatna, jest chłodzące, zawiera 17 składników naturalnych i organicznych oraz mikę, która odbija światło. Potem ukaże się serum na noc na bazie oleju amarantusowego, który kocham największą miłością, mimo tego, że jest szalenie drogi. Ale wart, aby nakładać go codziennie. Serum jest wygładzające, z nutami orientalnymi i z ekstraktami roślinnymi, ma zapach, układający do snu. O dalszych planach na razie nie powiem, ale są dość śmiałe. Mam nadzieję. że uda mi się wdrożyć tę innowację.

W mediach społecznościowych marka wyraźnie stawia na budowanie zaufanego „kręgu kobiet”. Co chciałaby Pani powiedzieć kobietom dzisiaj, w czasie niepokoju, wywołanego koronawirusem?

W obecnym trudnym czasie na FB marki rozrasta się grupa „Bless you, girls!” Codziennie o godz. 10.00 na żywo opowiadam kobietom o technikach masażu twarzy, o pielęgnacji, o zmysłach. Zmysł dotyku jest tym najważniejszym, nie sposób bez niego żyć, dlatego tak bardzo nam go teraz brakuje, w czasach odosobnienia. Poprzez działanie programu „Bless your Face!” chcę kobietom ofiarować trochę relaksu i ułatwić oderwanie myśli od poważnego problemu, z którym się zmagamy. A przy okazji edukować w zakresie pielęgnacji, to moja prawdziwa misja i pasja. Spotykając się wspólnie online budujemy poczucie wspólnoty i wzajemnego wsparcia, a jest nam to teraz bardzo potrzebne.

Na koniec powiem wszystkim kobietom: bądźcie dobre dla siebie. Wykorzystajcie ten czas najlepiej, jak potraficie, w swoim stylu lub jako wyzwanie przez zmianę rutyny. Dbajcie o siebie i swoich najbliższych z największą czułością. I ćwiczcie automasaż, jogę twarzy, dotykajcie się z miłością, nie nakładajcie makijażu, jeśli nie musicie, a skóra się Wam na pewno odwdzięczy. Bądźcie w TERAZ. I przestrzegajcie oczywiście wszelkich zasad higieny.

www.blessmecosmetics.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.