„Cuda towarzyszyły mi od początku tej choroby.” – wywiad z Anną Stasiak, która wygrała z nowotworem

Zawodowo była tłumaczem symultanicznym, specjalistą ds. przetargów, lektorem j. angielskiego, specjalistą ds. zakupów. Nie były to jednak jej prawdziwe wybory. Jej pasją od 19 roku życia była psychologia i rozwój. Dopiero rak piersi otworzył jej oczy i dał odwagę, by podążać za głosem serca. Po wygranej walce rozpoczęła swoją nową ścieżkę. Kształci się w kierunku bycia coachem. Jest nauczycielką pokazującą jak odzyskać wiarę w siebie i swoje możliwości, by czuć się spełnioną kobietą. Umie słuchać i pomaga w rozwiązywaniu problemów innych kobiet.

BWL: Za Panią długa i zapewne wyczerpująca walka z nowotworem. Dużo trudnych emocji, konieczność poukładania sobie rzeczywistości od nowa. Teraz już wiemy, że wygrała Pani tę walkę. Proszę nam jednak powiedzieć, jak z perspektywy czasu ocenia Pani życie sprzed diagnozy i po? Jakie obszary Pani życia uległy największym zmianom?

Tak, zgodnie z wynikami badań jestem zdrowa i zdrowieję coraz bardziej każdego dnia. Co do wyrażenia: „wygrać walkę z nowotworem”, prawdę mówiąc nie jestem jego zwolenniczką. Słowo „walka” niedobrze mi się kojarzy. Zgodnie z wieloma teoriami i publikacjami, jedną z wielu i nadal nie do końca w pełni określonych przyczyn raka są programy mentalne, które nam nie służą, a które przekładają się na nasze emocje i w efekcie na nasze działania. Gdybym „walczyła z nowotworem”, jak to się powszechnie mówi, walczyłabym poniekąd sama ze sobą, bo ta choroba była przecież we mnie, w moim ciele. W czasie chorowania musiałam, chciałam i wybierałam każdego dnia bycie przy sobie z uznaniem i zrozumieniem. Głęboko wierzę w to, że choroba przychodzi PO COŚ. Można to zauważyć, albo to odrzucić. To też jest wybór sposobu myślenia. Ja szybko zrozumiałam, że chce mi ona coś ważnego pokazać, na coś zwrócić uwagę. Dwukrotne problemy z tarczycą nie były dla mnie wystarczająco silnym sygnałem ostrzegawczym. Żeby się zatrzymać, musiałam dostać coś mocniejszego. I dostałam diagnozę „rak piersi” w marcu ub. roku, kiedy nastąpił pierwszy lockdown i równocześnie straciłam pracę. Do tego doszło samotne rodzicielstwo i przerażony nastoletni wrażliwy chłopak pogubiony w tym wszystkim. Jak żyłam przed marcem 2020? Od 2015 r prowadziłam jednoosobową działalność gospodarczą (lektor j. angielskiego). Uwielbiałam tę pracę na początku, bo uwielbiam ludzi, a oni lubią mnie, ale z biegiem czasu ogarniała mnie coraz większa frustracja. Jestem osobą silną i cenię sobie niezależność, stąd potrzeba bycia własnym szefem i decydowania o wszystkim. Popełniłam jednak wiele błędów na początku prowadzenia tej działalności, godząc się, chociażby na niskie stawki szkół językowych, dla których byłam, jak wielu innych lektorów dobrym, bo tanim wykonawcą wymagającej pracy. Błędem było nie szukanie przeze mnie klientów, ale był to przecież mój wybór. Sama się zgodziłam na taki stan rzeczy. To ja tak zdecydowałam na bazie niedobrych przekonań. Jednym z nich było: „trzeba się bardzo napracować, żeby otrzymać wynagrodzenie.” A nie było ono wysokie. Na początku jeszcze porównywalne do wynagrodzenia w korporacji, w której pracowałam przez 15 lat, ale z upływem czasu coraz niższe. „Biegałam” po całej Warszawie, nie dojadając, w wiecznym pośpiechu, nigdy nie odpoczywając i mając poczucie bycia wykorzystywaną. Często wychodziłam do pracy z domu przed 7.00, a wracałam ok. 21.00. Syn nauczył się żyć sam. Nie odpoczywałam, źle się odżywiałam, martwiłam się, że uda mi się zarobić wystarczająco na opłaty włączając rosnący kredyt. Byłam w swoim przekonaniu ofiarą losu po prostu. No i wtedy ta paskudna przerażająca choroba z bardzo złym PR-em powiedziała: „no nie, kochana, tak dłużej nie będziesz żyć!” Od tamtej pory bardzo dużo w sobie zmieniłam. Wykonałam nad sobą potężną pracę mentalną, emocjonalną i duchową. Zawsze byłam osobą ambitną, pracowitą i rozwijającą się, ale nigdy wcześniej nie zrobiłam dla siebie tyle ile w 2020 r. Był to rok absolutnie dla mnie przełomowy i niezwykły. Miałam wrażenie, że wraca do mnie całe skumulowane dobro, którym przez całe życie obdarzałam ludzi. Naprawdę poczułam, że życie mnie kocha i dałam mu szansę przejawiać się w najpiękniejszych formach. Odpowiadając na Pani pytanie: Największym zmianom uległa moja relacja z samą sobą. Zauważyłam Siebie, zauważyłam zmęczoną Kobietę, która już nie chciała być „cyborgiem” i dałam jej tyle uznania, szacunku, uwagi i ośmielę się użyć słowa; „miłości” ile tylko mogłam i potrafiłam. Nadal pracuję nad zmianą przekonań, nadal jestem na siebie uważna, nadal stoję przy sobie, dbając mocno o moje potrzeby. I podejmuję przemyślane, inne decyzje.

BWL: Choć to może kontrowersyjne pytanie – czy choroba może wnieść do życia coś pozytywnego? Nauczyć dostrzegać pewne detale, cieszyć się chwilą?

Mogłam tę chorobę potraktować jako największe niesprawiedliwe zło przydarzające się zapracowanej samotnej matce, albo potraktować ją jako nauczyciela. Wybrałam tę drugą opcję, bo tylko ona dawała mi szansę i nadzieję na zmianę. W każdej minucie lęku o utratę życia byłam przy sobie, dawałam prawo bytu temu uczuciu, jednocześnie nie pozwalając by mnie obezwładniało. Medytowałam, tak jak uczy J. Dispenza i Simontonowie. Wizualizowałam, przebaczałam sobie i innym, oddychałam metodą W. Hoffa, ćwiczyłam jogę, spacerowałam, słuchałam muzyki i zaczęłam się naprawdę dobrze odżywiać. Dużo czasu spędzałam z moimi przyjaciółmi, a zbliżając się do siebie wzmacniałam kontakty z bratem i dalszą rodziną. Nauczyłam się czerpać energię z samego faktu, że żyję. Skoro żyję, to przecież mam szansę żyć bardziej, pełniej, dostrzegać to, czego wcześniej nie dostrzegałam. Zaczęłam być bardzo na siebie uważna, zaczęłam siebie szanować i myśleć, że taka jaka jestem, jestem wystarczająca. Wystarczająco dobra. I miałam też nadzieję, że kiedy wyzdrowieję, będę pomagać innym. Kiedy w sierpniu kończyły mi się pieniądze, koleżanka zorganizowała dla mnie zrzutkę i zaczęły się dziać prawdziwe cuda. Zresztą cuda towarzyszyły mi od początku tej choroby. Cuda przychodziły od wspaniałych fantastycznych ludzi, których pomoc jest dla mnie nieoceniona. W wyniku tych wszystkich zmian, które przyszły dzięki byciu przy sobie mogę teraz powiedzieć, że choroba była pozytywnym doświadczeniem w moim życiu.

BWL: A jak choroba wpłynęła na Pani życie zawodowe? Czy wywołała w nim rewolucje?

Zdecydowanie tak. Wypaliłam się w zawodzie nauczyciela j. angielskiego. Od zawsze bliska mi była psychologia i rozwój. Cała moja praca nad sobą była skupiona na uzdrowieniu tego, co wymagało uzdrowienia, ale też na kreowaniu dla siebie nowej rzeczywistości. Na razie pracuję na etacie, ale mam pomysł na kolejny biznes i zaczynam go równolegle rozwijać. Będzie on bardzo mocno związany z moimi odkryciami z pracy nad sobą. Będzie to oferta dla kobiet, bo ogólnie rzecz biorąc jesteśmy o wiele mniej pewne siebie, niż mężczyźni. Jest tu dużo do zrobienia. A ja wiem, co można zrobić, bo sama doświadczyłam potężnej zmiany i chcę się tą wiedzą dzielić.

BWL: Jest Pani w trakcie szkolenia coachingowego. Jakie kwestie przesądziły o podjęciu decyzji o wyborze takiego kierunku działania?

W coachingu skupiamy się na zasobach klienta, na jego mocnych stronach. Traktujemy go jak partnera, który zna odpowiedzi na pytania. Sztuką jest zadawać odpowiednie pytania, podążając za klientem. Coaching to pytania o korzyści, o przyszłość, to praca z nową perspektywą. Pomyślałam, że będzie on doskonałym uzupełnieniem mojej pracy nad sobą i dobrym narzędziem do pracy z kobietami w moim nowym biznesie: „Lepszadlasiebie”.

BWL: Wychowuje także Pani samodzielnie syna. Co było lub nadal jest największym wyzwaniem dnia codziennego dla Pani w tym obszarze? I w jaki sposób radzi sobie Pani w trudniejszych momentach?

Mój syn ma 17 lat. Nie jest już małym chłopcem wymagającym stałej opieki; co więcej! Uważa on, że jej już nie potrzebuje ;). Zawsze traktowałam go jako odrębną jednostkę i uczyłam samodzielności. Wiedziałam i tak postanowiłam, że nie mogę obciążać go trudnymi sprawami, gdzie potrzebowałam wsparcia partnera, którego nie było. Mój syn jest raczej skrytą osobą. Otwiera się tylko w atmosferze ciepła i zaufania. Trafiam do niego przez poczucie humoru. Jak wiadomo, nie jest łatwo żyć pod jednym dachem z nastolatkiem, ale skoro poradziłam sobie z innym wielkim wyzwaniem, radzę sobie też z jego okresem dojrzewania. A kiedy jest mi trudno, dzwonię do przyjaciółki, albo rozmawiam z zaprzyjaźnioną psycholog.

BWL: I na koniec – czy jest coś, co chciałaby Pani przekazać takim jak Pani – kobietom-bohaterkom, które walczą z chorobami, wyzwaniami samotnego rodzicielstwa?

Otaczajcie się przyjaciółmi, bądźcie dla siebie wyrozumiałe i łagodne. Nigdy, przenigdy nie traćcie nadziei. Nie słuchajcie wyroków zapracowanych, nieempatycznych często lekarzy. Wierzcie, że są siły  potężniejsze niż autorytet lekarza. Mamy w sobie niezwykłą moc wspomagającą zdrowienie. Trzeba tylko podjąć decyzje, że chce się ją uruchomić. Nie zwlekajcie też z leczeniem, nie czekajcie, nie udawajcie przed sobą, że choroby nie ma. Dbajcie o siebie i o swoje dzieci. Czasem potrzebna jest pomoc terapeuty lub psychiatry. Skorzystajcie ze wszystkich dostępnych sposobów i metod w drodze do zdrowienia. Pomagajcie sobie samym i pozwólcie innym sobie pomóc. Jesteście tego warte!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.