Nasza włosko-polska dusza

Irmina Szpak, właścicielka Winnicy L’Opera, we Włoszech zakochała się od razu: we włoskim stylu życia, w przyrodzie, słońcu, kulturze i języku. Wróciła jednak do Polski, by tu, w historycznym mateczniku polskiego winiarstwa rozwijać swoją pasję i brać udział w wielkim powrocie polskich win na salony.

BWL: Okolice Trzebnicy, gdzie zlokalizowana jest Winnica L’Opera, to historyczny matecznik win polskich. Czy z tym regionem związana jest Pani więzami rodzinnymi, czy był to racjonalny wybór miejsca idealnego dla prowadzenia winnego biznesu?

IS: Raczej to drugie, chociaż… Pochodzę spod Torunia i to tam pierwotnie miała powstać winnica. Przez półtora roku jeździliśmy po okolicach, obserwując sady oraz uprawy w różnych porach roku, aby upewnić się, że winnica w tym rejonie będzie bezpieczna. Około 2010 roku posadziliśmy nawet kilkadziesiąt ciepłolubnych winorośli na działce w Unisławiu, mojej rodzimej miejscowości. Winogrona ku naszemu zdziwieniu przetrwały i dały całkiem dorodne grona, co prawda nie dojrzały, ale ten eksperyment pokazał, że można winogrono w Polsce uprawiać. Niestety po ściągnięciu prognoz pogody ze stacji meteorologicznej Uniwersytetu Przyrodniczego w Bydgoszczy z ostatnich dziesięciu lat okazało się, że temperatury są zbyt niestabilne i mogłyby zagrażać winnicy. Wybraliśmy zatem rejon, który najbardziej sprzyjał uprawom i tak znaleźliśmy się w Trzebnicy. Trzebnica ma bardzo ciekawą historię, jeśli chodzi o wino. Według danych historycznych są tu najstarsze udokumentowane miejsca uprawy winorośli w Polsce. Już za panowania Henryka Brodatego (1168–1238) w wino z winnicy książęcej pod Trzebnicą zaopatrywano dwór książęcy. Wzgórza Trzebnickie to obok rejonu zielonogórskiego zdecydowanie najlepsze polskie siedlisko na winnice. Kluczem do jakości win jest bardzo długi okres wegetacji i pełna dojrzałość gron. Słynne Góry Kocie okolic Trzebnicy kiedyś zwane były winnymi i chociaż ciężko zidentyfikować, na których konkretnie wzgórzach położone były winnice, to dokumenty mówią same za siebie. Jesteśmy szczęśliwi i dumni, że możemy odtworzyć i kontynuować tę piękną tradycję.

BWL: To również atrakcyjny turystycznie region…

IS: Zachęcam do odwiedzenia tych okolic każdego pasjonata win, mnie osobiście Trzebnica urzekła w zasadzie od pierwszego dnia, kiedy tu przyjechałam. Piękne okolice porośnięte sadami jabłoni, wiśni i porzeczek tworzyły malownicze pejzaże, a większa liczba słonecznych dni w ciągu roku dodawała energii i chęci do pozostania tu na dłużej. Piękne, historyczne zabudowy, bazylika św. Jadwigi i możliwość podążania rowerem wzdłuż szlaku cysterskiego spowodowały, że nie mieliśmy absolutnie żadnych wątpliwości, że to właśnie tutaj chcemy rozpocząć naszą działalność i założyć winnicę.

Nasza winnica położona jest 240 m n.p.m i ma nachylenie południowo-wschodnie z cudownym widokiem na sady trzebnickie. Czuć tutaj ducha tego miejsca, przestrzeń oraz magię dawnych czasów. Czasami sama zastanawiam się, czy trafiłam tu z przypadku, czy z przeznaczenia. Próbując znaleźć odpowiedź na Pani pytanie o wybór miejsca, zawahałam się… Nigdy o tym nie wspominałam, ale moja rodzina (dziadkowie od strony taty) pochodzą z okolic Strzegomia i Wałbrzycha, po wojnie wyemigrowali za chlebem na północ, a ja jako mała dziewczynka przyjeżdżałam odwiedzać ciocię i wujków na Dolnym Śląsku. Nikt nigdy nie mógł przewidzieć, że pewnego dnia wrócę na te ziemie i tu zamieszkam. Można zatem uznać, że poniekąd wróciłam w rodzinne strony.  Więc być może było to jednak przeznaczenie.

BWL: Skąd jednak pasja do pięknego, ale niełatwego zawodu winiarza?

IS: Zaczęło się z zupełnego przypadku. Gdy uczyłam się w Technikum Hotelarskim w Toruniu, nadarzyła się okazja, aby na trzy miesiące pojechać do Włoch na praktyki. Moja mama, której zawdzięczam możliwość tego wyjazdu (praktyki mimo dofinansowania sporo kosztowały) opłaciła wpisowe i dzięki temu dziś jestem tu, gdzie jestem. Po praktykach wróciliśmy do Polski i w kolejnym roku obroniłam dyplom, ale wtedy już wiedziałam, że chcę wrócić do Włoch, że spędzę tam kolejne lata, zgłębiając wiedzę o winie, pracując i studiując. To były moje priorytety.

We Włoszech zostałam łącznie trzynaście lat. Studiowałam i pracowałam we Florencji, dla miłośnika wina to prawdziwy raj. W tamtych czasach jednak, a były to lata 2006-2013, kiedy studiowałam, nie miałam ani środków, ani możliwości na rozwijanie biznesu. Najpierw studia, potem praca, a na końcu marzenia. Trzeba było mocno zaciskać pasa, aby odłożyć pieniądze na studia, opłacić czynsz i jednocześnie mieć czas na naukę. Wtedy nie było tanich lotów, do Włoch jeździłam autokarem, który do celu dojeżdżał po dwudziestu ośmiu godzinach; nie mogłam dzwonić do rodziny, bo to też kosztowało, byłam praktycznie zdana na siebie. Nigdy jednak nie zrezygnowałam i po pięciu latach od zakończenia studiów rozpoczęłam realizację mojego projektu. Wszystkie plany poszły na bok, własnymi siłami, ciężką pracą i determinacją obsadziliśmy jedno ze Wzgórz Trzebnickich i tak nasza historia się zaczęła. Jestem dumna z tego, że jednak nie zrezygnowałam, bo chwilami było naprawdę ciężko.

BWL: Z jakimi wyzwaniami musiała się Pani mierzyć na początku swojej winiarskiej działalności?

IS: Przede wszystkim okazało się, że winnica nie powstanie na ziemiach, na których dorastałam, a trzysta pięćdziesiąt kilometrów dalej, na południu. Był to kolejny trudny moment w moim życiu, bo znów musiałam wszystko zostawić i przewrócić moje życie do góry nogami. Nowe miejsce, nowa rzeczywistość, nowi ludzie. Aby zacząć funkcjonować w zupełnie nowym otoczeniu, potrzeba czasu. Minęło kilka dobrych lat, zanim tutejsi ludzie przyzwyczaili się do tego, że mają winnicę i że prowadzi ją kobieta. Tak, kobieta. To nie takie oczywiste, bo biznes, mam wrażenie, a już na pewno winiarstwo zdominowane jest jednak przez mężczyzn. Pamiętajmy, że to nie tylko butelka i etykieta, ten biznes obejmuje wiele gałęzi pochodnych, jak uprawa ziemi, pielęgnacja nasadzeń, użyźnianie gleby, ale również prowadzenie winiarni, dbanie o wyposażenie, naprawa instalacji itd. Niemałe było zdziwienie rolników, kiedy podjeżdżałam, aby zapytać, czy mogą mi pomóc w uprawie pola, to samo zdziwienie widziałam na twarzach hydraulika, elektryka czy innych majstrów, którym zlecałam różne prace na terenie winiarni, a którzy zresztą chętnie korzystali z mojej niewiedzy, windując ceny w myśl zasady „co ona może o tym wiedzieć”. Na początku byłam zła na siebie za to, że nie potrafiłam zerwać z tą „etykietą kobiety”, ale potem dzień po dniu uczyłam się negocjacji i rozmów z mężczyznami i za każdym razem stawałam się silniejsza i mądrzejsza. Dziś potrafię postawić do pionu niejednego „pana fachowca”, bo znam ceny rynkowe usług, mam zaufanych współpracowników i pozbywam się tych nieuczciwych. Dzięki Stowarzyszeniu Kobiety i Wino poznałam również wiele wspaniałych kobiet ze świata biznesu związanych w jakimś stopniu z winem, które niejednokrotnie wspierały mnie swoją wiedzą, kiedy tego potrzebowałam.

 

To tu i teraz ma miejsce historyczny powrót na polskie stoły polskich dobrych, jakościowych win. Winnica L’Opera jest częścią tej historii.

 

BWL: Jakie inne ­– poza siłą przebicia – cechy musi mieć osoba prowadząca ten biznes?

IS: Winiarstwo na pewno nie jest zawodem dla osób niemających cierpliwości, pasji, odwagi i samozaparcia. To może się udać tylko wtedy, kiedy po prostu się je kocha. Bez pasji, poświęcenia i cierpliwości z winiarni nie wyjdzie dobre wino, a na pewno nie będzie ono miało historii, duszy i piękna, jakie powinno mieć dzieło sztuki, tak jak nasze L’Opera d’Arte,  które powstało z miłości do tego trunku, do ziemi, na której wyrosło i z miłości do ludzi, którzy na tych ziemiach mieszkają.

Nagroda Businesswoman&life jest dla mnie ogromnym zaszczytem, wyróżnieniem i zwieńczeniem ciężkiej pracy, którą do tej pory wykonałam, jest też taką dawką energii, która spowodowała, że podjęłam decyzję o dalszym rozwoju i powiększeniu produkcji. Wiele już za mną, ale mam wrażenie, że jeszcze więcej przede mną. Codziennie budzę się i mam wrażenie, że moja przygoda z winem dopiero się zaczyna, mam już wstępne plany na kolejne lata i jestem pewna, że siły, pasji i determinacji na pewno mi nie zabraknie.

Korzystając z okazji, chciałam podziękować Wam za to, że organizujecie tak wspaniałe eventy i nagradzacie kobiety, które postawiły na samorealizację, rozwój zawodowy, że je po prostu doceniacie. Podczas konkursowej gali wielokrotnie wzruszałam się, słuchając historii kolejnych nominowanych, każda historia była nieco inna, ale wszystkie miały jeden, wspólny mianownik: silną kobietę na czele.

BWL: Wróćmy jeszcze do wątku włoskiego. Na stronie internetowej winnicy możemy znaleźć deklarację, że Pani wino jest owocem wiedzy, pasji, odpowiedniego klimatu i… połączenia serc włosko-polskich. Winnica L’Opera to międzynarodowy koncept?

IS: We Włoszech zakochałam się od razu: we włoskim stylu życia, w przyrodzie, słońcu, kulturze i języku, więc w ciągu kolejnych lat Włochy stały się moją drugą ojczyzną, do której wracam, kiedy tylko mogę. Wino pozwala mi wracać wspomnieniami do lat spędzonych na Półwyspie Apenińskim, do życzliwości i uśmiechu moich przyjaciół, których zostawiłam, aby realizować to moje szalone przedsięwzięcie. Takie ma też być nasze wino, ma łączyć ludzi, ma wywoływać miłe wspomnienia. Ostatnio para przyjaciół poznanych na uniwersytecie brała ślub, w którym niestety nie mogłam wziąć udziału ze względu na zbiory, ale postanowiłam zrobić im niespodziankę i wysłać kilka butelek, aby wznieść razem toast polskim winem w tak szczególnym dla nich dniu. To był chyba jeden z najbardziej wzruszających momentów w moim winiarskim życiu, bardzo intensywne, intymne przeżycie, które łączyło te moje dwa włosko-polskie światy.

Czy winnicę nazwałabym jednak międzynarodowym konceptem? Międzynarodowy koncept kojarzy mi się z wielkim, korporacyjnym zapleczem, a nasza winnica jest projektem ściśle związanym z ziemią, na której się znajduje, z tutejszymi mieszkańcami, z klimatem i magią tego miejsca. Nasze know-how na pewno widać w każdej butelce, dbamy nie tylko o design, ale przede wszystkim o jakość i stałość naszych win. To ostatnie zawdzięczamy doświadczeniu i umiejętnościom naszego włoskiego enologa, który od początku „pilnuje” win L’Opery, robiąc produkty, które zdobywają uznanie na arenie międzynarodowej, jak niemiecki Mundus Vini czy angielski Decanter. Jesteśmy dumni, że udało się zrealizować projekt i utrzymać najwyższe standardy. Kolejne etapy rozwoju przed nami, ale dziś już spokojniej patrzymy w przyszłość, bo marka L’Opera coraz częściej widywana jest na salonach i dociera do coraz większej liczby odbiorców i wielbicieli win. Największą nagrodą dla nas jest zaskoczenie i uśmiech na twarzach naszych gości, bo mimo wszystko polskie wino to nadal nowość dla wielu osób, dlatego możliwość zaprezentowania naszego produktu, który spełnia międzynarodowe standardy, a przy tym jest wyprodukowane w pełni z polskich winorośli, napełnia nas energią i jeszcze większą chęcią rozwijania naszego projektu.

BWL: Wspomniała Pani o współpracy z włoskim enologiem. Pracy ilu osób trzeba, aby powstała butelka Waszego wina? Współpracujecie również z sommelierami, kiperami i blenderami?

IS: Chociaż ciężko w to uwierzyć, w początkowej fazie rozwoju winnicy byliśmy praktycznie w trzy osoby i tak pozostało do dziś. Opiekę nad winnicą powierzyliśmy miejscowemu rolnikowi, który wykonuje dla nas szereg prac związanych z pielęgnacją upraw, natomiast samo wino, jego produkcja, wybór designu, etykiet i butelek narodził się w naszych głowach, według naszego pomysłu i kiedy wprowadzamy kolejny produkt na rynek, też przechodzi on tylko przez nasze głowy. Nie oddaliśmy nigdy realizacji naszego projektu zewnętrznej firmie marketingowej, nikt za nas o niczym nie decydował. Winnica L’Opera nie ma być winnym kolosem produkującym masowo butelki, a raczej manufakturą ściśle związaną z rejonem, na którym się znajduje, wierną swoim założeniom i prowadzoną przez osoby, które ją stworzyły. To jest właśnie ta nasza włosko-polska dusza. Tylko my wiemy, co chcemy osiągnąć i dać naszym gościom poprzez nasz produkt. Żadne osoby z zewnątrz nie byłyby w stanie tego dla nas stworzyć. Obserwujemy oczywiście rozwój winiarstwa w Polsce, trendy, zapotrzebowanie, doceniamy, kiedy nasze wino otrzymuje pozytywne recenzje od sommelierów, dziennikarzy winiarskich czy, co najważniejsze od naszych klientów, jednak są to standardowe współprace biznesowe przy okazji konkursów lub eventów, a nie pomoc w realizacji naszych win.

BWL: Czy polscy smakosze przekonują się łatwiej do polskich win niż konsumenci z zagranicy, czy nadal pokutuje tu zasada, że „cudze chwalicie…”?

IS: Rynek wina w Polsce z roku na rok ma się coraz lepiej. Jeszcze kilka lat temu ciężko było spotkać osoby, które miałyby świadomość, że polskie wino w ogóle istnieje, a na ich twarzach raczej pojawiały się sceptyczne miny, kiedy słuchali o polskich winach wytrawnych. Nic zresztą dziwnego, bo w Polsce wszyscy wiemy, jakie były realia i jakie wino serwowano Polakom w ostatnich dekadach, nie mogli oni zatem mieć dobrych skojarzeń.

Dzisiaj ta sytuacja zmienia się dość szybko, również dlatego jesteśmy dumni, że możemy brać udział w tak przełomowej dla polskiego winiarstwa chwili. To tu i teraz tak naprawdę ma miejsce historyczny powrót na polskie stoły polskich dobrych, jakościowych win. Nigdy wcześniej ani nigdy później taka sytuacja się nie powtórzy. Winnica L’Opera jest częścią tej historii, dlatego tak ważne jest, aby polskie wino było wysokiej jakości, aby zachęcało do zakupu, konsumpcji i przyzwyczaiło Polaków, że Polska nie tylko piwem i wódką stoi. Sama jestem miłośniczką złotego napoju, jednak wierzę, iż Polacy coraz częściej będą sięgać po dobre polskie wina, które umilą im spotkania w gronie rodziny i przyjaciół oraz staną się powodem do dumy, kiedy zawita do nas gość spoza granic naszego kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.